Czerwone, żółte, zielone. Docisnęłam
pedał gazu tak gwałtownie aż wskazówki na prędkościo- i
obrotomierzu zaczęły tańczyć. Szarpnęło samochodem do przodu i
najzwyczajniej w świecie mi zgasł. Standard. Jako, że jestem wielką życiową łajzą do tej pory nie mogłam
ogarnąć mojej nowiutkiej Skody. Niestety trąbiące za mną samochody dawały mi
wyraźny znak żebym szybciej ogarniała swój pojazd. Ba, jeden
kierowca wyraźnie pokazywał palcem co o mnie myśli. Spojrzałam przepraszająco w stronę kierowców pojazdów będących ze mną na skrzyżowaniu, odpaliłam samochód i ruszyłam w stronę znanych mi bloków, które
wyraźnie górowały w otaczającym krajobrazie. Pokręciłam się
chwilę po osiedlu w poszukiwaniu miejsca parkingowego, po czym zaparkowałam tuż obok pojazdu mego
znajomego. Wysiadłam i spojrzałam na okna bloku. Świeci się światło, znaczy nie polazł z kolegami do Buenos. Ruszyłam śmiało do klatki
schodowej ale nagle poczułam jak uderzam w coś swoim ciałem. Świetnie, zderzyłam się Baśką.
Blond Baśka, jego prawie dziewczyna. Prawie,
bo nigdy mój kochany znajomy nie raczył mi powiedzieć jaki jest status między nimi. Odkąd się znam z nim, Baśka zazwyczaj w mojej obecności udaje, że nie istnieję, a ja w zamian traktuję ją jak powietrze.
Żeby się nie wywrócić złapałam ją dłońmi w pasie. Odzyskawszy równowagę, ruszyłam z miejsca ostentacyjnie ją omijając, ale międzyczasie rzuciłam kątem oka co ona robi. Zauważyłam, że jest wyraźnie wkurwiona. Grzebała nerwowo w torebce i nim zdążyłam dotknąć klamkę drzwi do klatki schodowej usłyszałam zza siebie donośny głos:
Żeby się nie wywrócić złapałam ją dłońmi w pasie. Odzyskawszy równowagę, ruszyłam z miejsca ostentacyjnie ją omijając, ale międzyczasie rzuciłam kątem oka co ona robi. Zauważyłam, że jest wyraźnie wkurwiona. Grzebała nerwowo w torebce i nim zdążyłam dotknąć klamkę drzwi do klatki schodowej usłyszałam zza siebie donośny głos:
- Mała, chodź no tutaj na chwilę! -
wow, jestem pod wrażeniem. Odezwała się do mnie. Muszę zaznaczyć
ten dzień w kalendarzu.
- Słucham Cię Basiu najdroższa- odparłam odwracając się w jej stronę oraz uśmiechając się słodko i trzepocząc rzęsami jak ona do mego znajomego, gdy ja byłam w pobliżu.
- Dobra Mała skończ z tym sarkazmem, chciałam się zapytać czy masz może fajki?- zapytała mnie swoim żmijowatym głosem.
- Może mam.
- Jak możesz to proszę daj mi jednego.
Wyciągnęłam mą ledwo napoczętą paczkę papierosów z torebki, po czym podałam jej z wielkim bólem serca. Chwyciła jednego papierosa, odpaliła, zaciągnęła się
mocno i oddała mi z łaskawością resztę papierosów. Zabrawszy paczkę, obróciłam się na pięcie w stronę schodów i już chciałam iść dalej, ale ciekawość wzięła nade mną górę:
- A Ty Baśka co taka zdenerwowana?
- Ja? Tego palanta się pytaj. Niech on
Ci opowiada, ja z nim nie mam już nic do gadania. - fuknęła, wyrzuciła niedopalonego papierosa obok wejścia do klatki schodowej, zarzuciła swoimi blond włosami i ruszyła
w stronę swojego samochodu. Jeszcze chwilę popatrzyłam na nią jak ładuje się do swojej Polówki i odjeżdża w stronę centrum Bełchatowa. Wzruszyłam ramionami, bo nie wiedziałam jak mam to wszystko skomentować, po czym weszłam na górę po schodach.
Dziwna sytuacja, ale znając życie za 2 dni znów się zejdą i będą nazywać się misiaczkami oraz słodkimi pysiami.
Standardowo. Stanęłam pod drzwiami jego mieszkania, zapukałam i nie bacząc na to czy on to usłyszał czy nie od razu wparowałam do środka.
- Witam pana! - krzyknęłam z wejścia
po angielsku. Z kuchni wyleciał ten 2 metrowy oszołom. Ciemne włosy
rozczochrane, bez koszulki na sobie, w samych spodniach od dresu, uśmiechając się na mój widok jak głupi do sera. Matko z
ojcem, tu była kłótnia czy może coś innego... ?
- Cześć Mała, miło że wpadłaś. -
przywitał mnie machając rękami jak jakiś wiatrak – Tylko uważaj w kuchni jest całkiem niezły
burdel. – dodał kiedy zobaczył że idę w jego kierunku. Cóż,
nie kłamał. To co zobaczyłam mogłoby wprowadzić w stan przedzawałowy Gosię Rozenek. Było widać, że wczoraj została uskuteczniona romantyczna kolacyjka z Baśką. Romantyczna, słowo klucz. Zgarnęłam gąbką do mycia naczyń jakieś resztki jedzenia z krzesła przy oknie i
rozsadowiłam się na nim wygodnie. Wyciągnęłam sobie jednego papierosa, odpaliłam po czym zaciągnęłam się głęboko dymem tytoniowym. Teraz miałam idealny podkład pod rozmowę o tym co się stało.
- Czy nie możesz tego przestać
palić?- zapytał sprzątając talerze ze stołu.
- A jak Baśka może palić to Ci nie
przeszkadza?- zaczęłam się z nim droczyć. Popatrzył na mnie i
zaczął się śmiać.
- Taka młoda a już sobie zdrowie psuje.
Ale co ja tam mogę wiedzieć, to Ty jesteś na studiach medycznych nie ja. - powiedział, wypinając mi język.
- Dobra dobra już nie gadaj tylko sprzątaj.
Ja z chęcią popatrzę jak się męczysz. - odpowiedziałam w zamian.
- A właśnie jak tam na studiach?-
zapytał. Boże jakbym słyszała swoją matkę...
- Serio chcesz o tym słuchać jak potrafię siedzieć do 4 w nocy ucząc się?
Przecież wiesz, że dla siatkówkowego grajka jak Ty takie rzeczy, które mam w książkach to czarna
magia. Ty lepiej powiedz co się stało, że Baśka od idiotów zaczęła mi Ciebie wyzywać?
Wtedy spojrzał się na mnie dziwnym, takim trochę morderczym wzrokiem. Wzruszył ramionami i zabrał się za
mycie naczyń. Nie chce o tym gadać? To proszę bardzo. Tylko żeby później nie miał pretensji do całego świata, że nikt go nie słucha.
Ale co poradzić. Uparty typ z niego. Zaciągnęłam się papierosem po raz
ostatni, wyrzuciłam peta przez okno i dołączyłam do mycia naczyń. Chwilę później zaczęliśmy gadać o
pierdołach. Jak zwykle. Przy okazji pomagałam posprzątać w mieszkaniu. Było widać, że sam do końca świata by tego bajzlu nie ogarnął. Po zakończonej pracy, chwilowych wygłupach i wypiciu 3 szklanek zielonej herbaty nadeszła pora by wracać do akademika. Zakładałam
trampki gdy usłyszałam nad sobą:
-Mała, pójdziesz ze mną na imprezę
klubową?- zapytał. Popatrzyłam na niego jak na wariata.
-Przepraszam, na co pójdę?
-No prezes coś organizuje i mamy
przyjść, oczywiście z osobami towarzyszącymi. A samemu to tak do
dupy iść.
-A z Baśką nie możesz się pogodzić
i z nią iść?
-Nie mogę.- zdziwiłam się jego zdecydowaną wypowiedzią. No cóż jeśli ma takie nastawienie to...
-Okej, no dobra już, zgadzam się. Kiedy to jest?
-Jutro.- odparł. Zapowietrzyło mnie. Wstałam szybciej niż człowiek mruga okiem, podparłam się rękoma na biodrach i wydusiłam z siebie:
-Czy Ty sobie żartujesz?
-Skąd! - odpowiedział, po czym się uśmiechnął do mnie. -Z tego co pamietam to Ty masz wolne weekendy, więc możesz śmiało iść, a o
transport się nie martw zabiorę Ciebie. O 18 będę pod Twoim akademikiem.- dodał.
Jeszcze raz popatrzyłam na niego z
niedowierzaniem, powiedziałam krótkie „cześć” i wyszłam szybko z
mieszkania. Co w ogóle on kombinuje?
***
- Jesteś absolutnie pewna że
powinnam iść w tej sukience?- Ewelina popatrzyła znad magazynu, który namiętnie czytała, na drzwi od łazienki w której siedziałam, .
- Tak jestem absolutnie pewna. Zresztą
pytasz się mnie po raz setny o tę sukienkę.
-Wiesz, wolę się upewnić.-
odpowiedziałam a moja współlokatorka strzeliła facepalma. Wczoraj
narobiłam nie małego zamieszania w akademiku. Ewelina poruszona moją
prośbą o pomoc ruszyła dziewczyny z naszego piętra i teraz
wszystkie starają mi się pomóc wyglądać jak człowiek. Całe
szczęście, że byłam już po większości zabiegów jakie mi
zafundowały. Ubrałam się w tę czarną, koronkowo-tiulową,
sięgającą kolan sukienkę. Założyłam buty na niebotycznie
wysokich obcasach i zaczęłam się po cichu modlić, żeby się w nich nie
wywalić.
-No, pokażże się!- usłyszałam
niecierpliwy głos Eweliny. Być albo nie być. Wychodzę. Ewelina
oderwała wzrok zza Cosmopolitana. Jak tylko mnie zobaczyła to
gwizdnęła cicho.
-No co? - zapytałam.
-No nic, wyglądasz wręcz zajebiście.
- odpowiedziała mi Ewelina pokazując mi kciuki w górę. Zadzwonił telefon. Czas było wchodzić.
Złapałam torebkę, ubrałam kurtkę i ruszyłam do wyjścia. Droga na dół była katorgą. Rozglądający się za mną studenci, walka z windą plus mało co nie zaliczyłam orła na schodach wejściowych do budynku. Jeszcze brakowało bym zamiast na imprezę, trafiła na izbę przyjęć. Na zewnątrz czekał na mnie mój siatkarzyna, zbawca.
- Nie zabijesz się dziś w tych
butach?- zapytał, udając, że jest poważny. Co on sobie myśli?!
- Nie, nie zabiję się jeśli chcesz
wiedzieć. - odpowiedziałam mu ze złością. Ale w duchu wiedziałam, że ja plus buty na obcasie przez większość wieczoru równa się bankowa wizyta na ortopedii. Śmiejąc się podał mi ramię, objął ręką w pasie i prawie wisząc na nim poszliśmy do samochodu.
- Ty jesteś świadoma że to będzie
długa impreza?
- Jezu, jedźmy do tego Bełchatowa no!- wkurzyłam się i wrzuciłam torebkę na tylne siedzenia. Niczym prawdziwy dżentelmen otworzył mi drzwi od samochodu. Załadowałam się do jego BMW, odpaliłam swoją ulubioną stację radiową, mój towarzysz zapakował się po stronie kierowcy i po chwili wyruszyliśmy wreszcie w
podróż.
***
Było już nieźle po północy, a
impreza jeszcze nie chyliła się ku finiszowi. Siedziałam przy stole
odpoczywając po tanecznych wojażach z moim partnerem. Myślałam, że
mi nogi odpadną, od początku imprezy byliśmy ciągle na parkiecie. Wykorzystałam moment by rozejrzeć się w końcu co dzieje się dookoła. Większość siatkarzy Skry
była już nieźle podpita i pokazywała swoje nieodkryte talenty
taneczne. Najbardziej śmieszył mnie duet Wrona i Kłos, tańcząc żywiołowo do utworu "YMCA". Przy nich
Maserak to był nikt. Conte za to postanowił pójść spać oparty czołem o talerz z galaretą, w stanie pilnym potrzebował zteleportować się do łóżka w mieszkaniu. Biedny, nawet nie jest świadomy, że koledzy robią sobie z nim głupie zdjęcia. Obserwację tego zjawiska nagle przerwała mi moja druga taneczna połówka, pochylając się w moją stronę tak, że nasze twarze dzieliło tylko 20 cm.
- Idziemy się przejść?- zapytał.
-W sumie to tak. Muszę trochę
powietrza złapać.- odparłam, wstaliśmy i ruszyliśmy do wyjścia. Lawirując między tańczącymi parami, przyszliśmy do szatni. Założyliśmy
kurtki i wyszliśmy w chłodną kwietniową noc. Chodziliśmy wolnym krokiem po ogarniętych
ciemnością ulicach Bełchatowa nie zamieniając ani jednego słowa. W końcu trochę zmęczona usiadłam na
chwilę na ławce przed klatką jakiegoś nieznanego mi bloku. Mój towarzysz dosiadł się blisko mnie i objął mnie ramieniem. Siedzieliśmy w ciszy przez bite 5 minut aż tą krępującą ciszę przerwał on:
- Mała, pamiętasz jak się
poznaliśmy?- zapytał
- Pewnie że tak, przywaliłeś mi podczas rozgrzewki w głowę
piłką aż huk poszedł. A ty biedny wystraszyłeś się, że leżę nieprzytomna za tymi bandami reklamowymi i chciałeś mnie usilnie ratować. Takich bolesnych rzeczy się
nie zapomina.- odpowiedziałam ze śmiechem na to wspomnienie.
- Słuchaj, ja... Nie wiem jak to
powiedzieć... Ja... - zaczął gubić słowa po czym złapał mnie za
dłoń i spojrzał mi czule w oczy. Oho, to niedobrze, zaczęłam powoli coś przeczuwać. - Jaaa... Dobra. Powiem prosto z mostu. Mała,
ja się w Tobie zakochałem. Wiem, to może być dla Ciebie szokiem, ale od początku mi się podobałaś, zawsze taka uśmiechnięta, kochana, pomocna, trochę łajzowata, ale jesteś sobą i widzisz we mnie człowieka a nie maszynkę do zarabiania pieniędzy...- wyrzucił z siebie.
Zamurowało mnie. Totalnie. On zakochał się we mnie? W tej szarej osóbce, która chodzi na Uniwersytet Medyczny bo chce zostać lekarzem? W tej życiowej łajzie? Jezus Maria... jakoś nie potrafiłam sobie tego wyobrazić.
-Ty żartujesz, czy mówisz całkiem
poważnie? - zapytałam się, po czym zaczęłam się rozglądać, mając nadzieję, że zapadnę się pod ziemię. Halo ukryte kamery mogą wyjść! Koniec zabawy!
-Bardzo poważnie. - odpowiedział patrząc mi prosto w oczy.
Byłam w dużym szoku. Bardzo dużym. Jak pamiętam, zawsze zachowywał się wobec mnie jak dobry przyjaciel. Jakoś nie zauważyłam znaków bym mu się w jakiś sposób podobała...
-A co z Baśką? - zapytałam cicho.
-Baśka to przeszłość, wczoraj jej
zakomunikowałem, że to koniec naszego związku. Dlatego była taka
wkurzona. Nie chciałem Ci tego mówić bo czekałam na
odpowiedni moment by Ci wszystko powiedzieć. - zaczął gadać jak
najęty.
Miałam mega mętlik w głowie. Jak
Boga kocham nie wiedziałam co mam mu odpowiedzieć.
-Proszę powiedz coś...- zaczął mówić.
-Słuchaj, czego ode mnie
oczekujesz?
-Abyś była ze mną... - odpowiedział patrząc na mnie jakby miał nadzieję, że za chwilę rzucę się w jego ramiona by go namiętnie pocałować.
Nie, dla mnie to było zbyt mocne uderzenie. Ja musiałam to wszystko przemyśleć. Wstałam szybko z ławki i
ruszyłam, w stronę restauracji w której odbywała się impreza. Nie
słyszałam żeby szedł za mną. Całe szczęście. Weszłam z prędkością światła
do sali tanecznej przechodząc między tańczącymi jeszcze parami. Doleciałam do stolika przy którym siedzieliśmy podczas imprezy, złapałam torebkę, wygrzebałam telefon i zadzwoniłam po taksówkę
do domu.
***
- Jezu jaka Ty głupia jesteś!
- Ewelina nie wrzeszcz na mnie!
- Będę! Co za idiotka! Takie szczęście
Cię spotyka a Ty spierdalasz z prędkością światła zostawiając
chłopinę samego. Brawo!
- No to sama postaw się w mojej
sytuacji!
- Postawiłam i wiesz co?!
Powiedziałabym coś w stylu „daj mi czasu, muszę to przemyśleć”
a na pewno nie uciekłabym gdzie pieprz rośnie!
Opowiedziałam Ewelinie całą sytuację gdy wróciłam koło 5 rano do naszego pokoju i od tego momentu truje mi tyłek za to co ja
narobiłam. W sumie się nie dziwię. Byłam głupia. Naprawdę
głupia. Zachowałam się jak nastolatka w przypływie emocji, zamiast zachować się racjonalnie. Nie chciałam go stracić.
- To pomóż mi. - powiedziałam do
Eweliny, po czym zrezygnowana padłam na łóżko.
- Dobra, przemyślmy fakty. Zależy Ci trochę na nim?
- Eeeeeeee... w tym sensie... trochę
tak.
- Trochę?
- No dobra, bardzo mi zależy. To chyba jedyna osoba z którą mogę przesiadywać bez końca i rozmawiać o wszystkim ze zrozumieniem. - odparłam.
- Trochę?
- No dobra, bardzo mi zależy. To chyba jedyna osoba z którą mogę przesiadywać bez końca i rozmawiać o wszystkim ze zrozumieniem. - odparłam.
- No. Zawsze coś, podwaliny jakieś są a teraz bierz tyłek, idź do samochodu i jedź. Przeproś ładnie po czym powiedz, że jest jakaś szansa. - popatrzyłam na
nią jak na wariatkę. - NO JEDŹ! - krzyknęła Ewelina.
5 minut później byłam już w
samochodzie na trasie Łódź – Bełchatów. Miałam nadzieję, że
nigdzie nie poszedł aczkolwiek wiedziałam, że po ilości wypitego
wczoraj trunku grzecznie leżał w łóżku z bólem głowy pijąc hektolitry wody mineralnej. Po godzinie
byłam już na miejscu. Biegłam po dwa stopnie po schodach i zaraz znalazłam
się przed drzwiami jego mieszkania. Wzięłam głęboki wdech i zapukałam do drzwi. Miałam ochotę zapaść się w tym momencie pod ziemię, ale czego się niby nie robi dla miłości prawda? W końcu drzwi się otworzyły i mym oczom ukazał się
człowiek zmęczony własnym życiem. Jak widać, kac morderca nie ma
serca.
-Mała, co Ty tu robisz?- zapytał
słabym głosem.
-Mamy do pogadania.- odpowiedziałam,
po czym wpuścił mnie do środka, oparłam się o zamknięte drzwi i zamknęłam oczy mając nadzieję że nie zapadnę się pod ziemię. - Słuchaj, wiem że zachowałam
się jak idiotka, przepraszam Cię bardzo. Ja...ja musiałam sobie to
wszystko przemyśleć i...
- I co?
- I myślę że możemy spróbo... - nie było dane mi dokończyć mej wypowiedzi.
Pocałował mnie i za chwilę mocno przytulił ciesząc się jak małe
dziecko przy czym i mi udzielił się jego radosny humor. Cóż, miłość
leczy kaca. _________________________________________________________________________________
Czas pojawić się pierwszy raz w tym blogowym światku. Witam. :)